Jeśli przeczytałeś kilka moich poprzednich prac w szkole fotografii cyfrowej, takich jak „5 niewygodnych prawd o fotografii” lub „Jak robienie okropnych zdjęć doprowadzi do większej liczby opiekunów”, wiesz, że mam dużo większy szacunek dla uczenie się, wysiłek i praktyka niż mam dla najnowszego i najlepszego sprzętu. Dobra fotografia nie polega na sprzęcie ani zasadach.
Ale co się stanie, jeśli stracisz wolę produkowania? Co się dzieje, gdy chęć tworzenia obrazów po prostu mija?
Przydarzyło mi się to w zeszłym roku, po prostu przestałem chcieć robić obrazy. Przez większą część lata, mojego najbardziej pracowitego i zazwyczaj najbardziej produktywnego sezonu, nie miałem ochoty fotografować. Z przyzwyczajenia nadal nosiłem aparat podczas wycieczek po dzikiej przyrody, które prowadzę, i osobistych podróży po Alasce, ale zdjęcia, które robiłem, były nieliczne i nijakie. Teraz, rok później, wzdrygam się, by spojrzeć na te stracone okazje.
Wyrwałem się z funku, ale nie tak, jak się spodziewałem. Zmęczony noszeniem ze sobą sprzętu, którego nie używałem, podczas ostatniej wyprawy w sezonie letnim, 17-dniowego spływu pontonowego w Arctic National Wildlife Refuge, nosiłem tylko korpus aparatu i jeden obiektyw stałoogniskowy 24 mm f / 2,8.
To nie była kreatywna decyzja, wybrałem to połączenie, ponieważ był to najlepszy sposób, aby mój zestaw był jak najlżejszy i nadal miał jakość, o której chciałem, a obiektyw i aparat łatwo mieszczą się w małym futerale typu kabura, który nosiłem, przymocowany do pasków piersiowych mojego plecaka.
Pod koniec sierpnia polecieliśmy z dwoma klientami z Fairbanks na Alasce na północ w kierunku Arctic National Wildlife Refuge. Minęliśmy małe pasma górskie w głębi kraju, ponad równinami Yukon i nierównymi, wysokimi szczytami pasma Brooks. Tuż na północ od gór, na arktycznej równinie przybrzeżnej schroniska, pilot zszedł, wybrał nieoznakowany pas z krajobrazu i umieścił ponadwymiarowe koła samolotu krzaczastego w jesiennej tundrze.
W ciągu kilku minut od lądowania wyładowaliśmy nasze ciężkie plecaki i pilot leciał po trawie w powietrze. Był ostatnią osobą, którą widzieliśmy przez ponad dwa tygodnie.
Pierwsze 10 dni wyjazdu było poświęcone na wędrówki, choć przebieg był taki, że mogliśmy co jakiś czas zrobić dzień lub dwa wolne, co było dobre, bo kiedy pierwsze jesienne burze nadeszły tydzień przed wyjazdem, byliśmy w brak nastroju na spacer.
Trasa prowadziła przez wąską szczelinę w górach poprzecinanych rzeczką. Przeszliśmy przez tę szczelinę w zimny, wietrzny dzień, kiedy niskie chmury zasłaniały szczyty gór. Musieliśmy przekroczyć rzekę, a nasze stopy były nieustannie przemoczone. Ale wierzby wzdłuż potoku i małe skrawki tundry miały jaskrawe jesienne kolory i były bardzo potrzebne, aby odwrócić uwagę od zimna.
Pewnego razu pierwszego dnia zatrzymała mnie scena, którą trzeba było sfotografować. Zrobiłem zdjęcia na wcześniejszym etapie podróży, ale były to migawki. To była scena, która mnie zainspirowała; rzadka rzecz.
Prosta konfiguracja aparatu i obiektywu wyeliminowała wiele żmudnych decyzji. Nie było łatwej ucieczki kompozycyjnej w postaci obiektywu zmiennoogniskowego, raczej musiałem się poruszać, aby scena się zeszła. Pracowałem w ramach ograniczeń soczewki (których było wiele) i było to całkowicie wyzwalające.
Dałem ten obraz całe pięć minut, zanim zmusił nas chłód, i po raz pierwszy przez całe lato pięć minut to za mało.
Następnego dnia obudziliśmy się w chmurach, poszarpanych przez wiatry z poprzedniego dnia i prześwitywały przez nas duże plamy błękitu, jasne i optymistyczne. Przeszliśmy przez niski przełęcz i obserwowaliśmy maciorę Grizzly i dwa młode młode pasące się na łące turzycowej ćwierć mili i dwieście pionowych stóp poniżej. Mój mały obiektyw nie miał modlitwy o zrobienie czegoś więcej niż symboliczny obraz brązowych plamek na tundrze poniżej. Zamiast tego spoglądałem w dół przez lornetkę, gdy niedźwiedzie wygrzebały zębami turzyce i czesały jagody z krzaków.
Szóstego dnia nadeszła burza. Rozbiliśmy obóz na łące miękkiej, suchej tundry nad małym strumieniem, kiedy wiatry zmieniły się z przyjemnej bryzy ze wschodu na wyjącą wichurę z zachodu. Stało się to w kilka chwil, a prędkość zmiany pogody zupełnie mnie zaskoczyła. Deszcz, potem zbrylony śnieg, a potem prawdziwa burza śnieżna w nocy. Przez dwa solidne dni musieliśmy nawiedzać najsilniejsze wiatry i najbardziej intensywną burzę, jaką kiedykolwiek doświadczyłem w górach Brooks. Samo utrzymanie naszych namiotów było ciągłą walką.
Jednak w tym czasie moi klienci i ja odbyliśmy kilka wycieczek poza obozem. Wspięliśmy się na niski grzbiet, gdzie uderzył nas silny wiatr zachodni. Tam oparliśmy się o wichurę i patrzyliśmy, jak padający śnieg rozdziera tundrę.
To nie była fotogeniczna scena, przynajmniej nie według tradycyjnych standardów, a mimo to robiłem zdjęcia, bo chciałem. Kreatywność nagle rozjaśniła się jak żarówka z kreskówek nad moją głową.
Trzeciego ranka, zanim jeszcze otworzyłem oczy, wiedziałem, że burza minęła. Mój namiot nie drżał na wietrze, a kiedy podniosłem powieki, zobaczyłem, że dzień jest zbyt jasny, by zdominować go chmury.
Wychodząc z namiotu, zobaczyłem, że świeży śnieg okrył góry i odkurzył tundrę wokół naszego obozu, ale na niebie dominował błękit. Poszedłem po aparat i spędziłem szczęśliwą godzinę na robieniu zdjęć, gdy przemoczone namioty i sprzęt przeciwdeszczowy parowały we wschodzącym słońcu.
Dwa dni później dotarliśmy do rzeki i czekającego na nas zapasu jedzenia i sprzętu do łodzi. Wydaje mi się, że w ciągu ostatnich dwóch dni, zanim wymieniliśmy nasze buty trekkingowe na tratwy, zrobiłem więcej zdjęć niż łącznie w poprzednich trzech miesiącach. Nie mogłem się tego nacieszyć.
50 mil wiosłowania odebrało mi część mojej produktywności fotograficznej. (Podczas robienia zdjęć trudno jest wiosłować małą, podskakującą tratwą przez szybką, pluskającą wodę). Niemniej jednak, gdy zeszliśmy rzekę z gór na równinę przybrzeżną, moja nowa miłość do fotografii utknęła we mnie. Nawet gdy nadciągnęła kolejna burza i byliśmy przygwożdżeni jeszcze przez dwa dni, nawet gdy śnieg padał w postaci ciężkich, mokrych płatków, a wiatr zerwał jesienne kolory z roślinności i zmienił krajobraz z czerwonego i żółtego na brązowy.
Nasz ostatni obóz leżał tam, gdzie rzeka łączyła się z przybrzeżną deltą. Karibu przemierzało równinę małymi grupami, a migrujące ptaki gromadziły się w wielu jeziorach. Mój mały obiektyw nie mógł się równać z odległą fauną, ale to nie miało znaczenia. Odkryłem na nowo fotografię, co oznaczało, że byłem bardziej świadomy swojego otoczenia i obrazów, które się w nim znajdowały, niż byłem przez jakiś czas. Nawet jeśli nie miałem odpowiedniego sprzętu do robienia niektórych zdjęć, które znalazłem, nagrałem je mentalnie z ostrymi szczegółami. Okazuje się, że te mentalne obrazy są równie satysfakcjonujące, jak te, które świecą na ekranie mojego komputera.
Przeglądając zdjęcia z podróży, widzę ciekawą ewolucję. Pierwsze obrazy to głównie migawki, ale z biegiem czasu, gdy moja inspiracja nabrała rozpędu, obrazy stały się bardziej celowe, bardziej skomponowane… lepsze, nawet.
Wniosek
Celowe ograniczenie siebie może być świetnym narzędziem pobudzającym kreatywność. To trochę jak gra w szarady: używanie ograniczonych narzędzi, aby skutecznie przekazać swój przekaz. To może być zabawne i nieco frustrujące. Zmusza twój umysł do wyjścia z wygodnego pudełka i do miejsca, w którym kreatywność jest o wiele ważniejsza niż sprzęt. Kiedy i jeśli wrócisz do swojej różnorodnej oferty obiektywów i aparatów, nie będziesz już uważać wszystkich tych możliwości kompozycyjnych za coś oczywistego.
Jeśli utkniesz w rutynie lub po prostu chcesz spróbować czegoś nowego, zrezygnuj z zoomu na kilka tygodni, fotografuj tylko czarno-białe, używaj aparatu wyłącznie w trybie ręcznym lub nakręć jakiś film. Następnie podziel się swoimi doświadczeniami w komentarzach poniżej, chciałbym usłyszeć, co się stanie.